W teorii miało być cudownie.
Wspólny wyjazd. Bez pośpiechu, bez budzika, bez obowiązków.
W praktyce – pierwszy dzień pokłóciliście się o to, kto co zapomniał spakować. W drugim okazało się, że dziecko ma dziwną wysypkę. W trzecim – zaczęło padać. W czwartym zorientowałaś/zorientowałeś się, że jesteś… zmęczona/y. Mimo że przecież „odpoczywasz”.
Dlaczego tak często wypoczynek staje się źródłem napięcia, a nie ulgi?
Dlaczego „idealny urlop” zaczyna przypominać egzamin z logistyki, emocji i zdolności do tłumienia frustracji?
Oczekiwania kontra rzeczywistość
Wiele z nas planuje letni urlop z ogromnym zaangażowaniem emocjonalnym.
To ma być nagroda. Dowód, że wszystko, co przetrwaliśmy w ciągu roku, miało sens.
To ma być czas na „reset”, „złapanie oddechu”, „odzyskanie siebie”.
Problem w tym, że często ładujemy w ten jeden tydzień więcej oczekiwań niż da się unieść.
• Musi być idealnie
• Wszyscy mają być zadowoleni
• Muszę się zregenerować, naładować i wrócić z chęciami do działania
• Dzieci muszą być szczęśliwe
• Pogoda – oczywiście – słoneczna
• I żadnych niespodziewanych konfliktów, zmęczenia czy nudy
Tymczasem… jesteśmy tylko ludźmi.
Z bagażem emocji, nierozwiązanych napięć i potrzeb, które nagle spotykają się w jednym miejscu, bez ucieczki.
Bliskość na pełen etat
W codzienności często się mijamy. Praca, dom, obowiązki, szkoła dzieci, zajęcia dodatkowe.
Zobaczymy się wieczorem, wymienimy informacje, kto co kupił, kto jutro zawozi, kto gotuje.
I nagle – jesteśmy razem. 24 godziny na dobę. W jednym pokoju, w jednym aucie, w jednej przestrzeni.
To może być piękne.
Ale też intensywne i wyczerpujące.
Bo kiedy znikają zewnętrzne dystraktory, zaczyna się „prawdziwe spotkanie” – i często wtedy wychodzą:
- różnice temperamentów,
- przeciążenia, które do tej pory były ignorowane,
- emocje, które nie miały okazji się ujawnić.
Pojawiają się nieporozumienia, które wcześniej były przykryte rutyną.
Albo po prostu – każdy potrzebuje czegoś innego. A „wspólny urlop” tego nie uwzględnia.
Pogoda jako wróg idealnego planu
Przykład:
To miał być dzień plażowania. Ale pada. Albo wieje. Albo dziecko ma gorączkę. I nagle wszystko się wali.
Nie dlatego, że tak bardzo kochasz słońce – tylko dlatego, że w ten dzień miałaś/miałeś nadzieję wreszcie odetchnąć.
Miałaś/miałeś nadzieję, że „teraz się uda”.
I ten plan – jedyny, starannie ułożony – zawala się jak domek z kart.
Rozczarowanie jest często proporcjonalne nie do wydarzenia, ale do ilości energii emocjonalnej, jaką włożyłaś/włożyłeś w nadzieję, że będzie dobrze.
Czy to znaczy, że nie warto planować?
Nie.
Ale może warto planować z większą łagodnością wobec siebie.
- Nie zakładaj, że wszystko będzie perfekcyjne
- Nie obciążaj urlopu rolą „naprawy” całego roku
- Zostaw sobie przestrzeń na to, że coś pójdzie nie po Twojej myśli
I pamiętaj – czas odpoczynku nie polega na tym, by było idealnie.
Polega na tym, by było prawdziwie.